czwartek, 22 września 2016

"Przekonaj mnie, że to ty" Anna Karpińska


Nie lubię krytykować książek. Zwłaszcza tych polskich autorek. Na myśl, że mogłabym kogoś zranić swoimi krytycznymi słowami zawsze dwa razy zastanowię się jak oddać swoje odczucia. Zwłaszcza, że nie uważam się za eksperta w dziedzinie literatury. Nie mam stosownego wykształcenia, ani doświadczenia zawodowego. Jestem po prostu pasjonatem czytelnictwa, więc to co uznam za złe czy dobre, wcale obiektywnie takie nie musi być.

Dlaczego taki wstęp? Gdyż książka Pani Karpińskiej bardzo nie trafiła w mój gust. Nie będę tu szafować wyrokami, postaram się jedynie napisać dlaczego ja nie zostałam kupiona przez tę historię.

Edyta i Urszula- matka i córka. Śledzimy ich historię od chwili śmierci Marka - męża Urszuli, ojca Edyty. Dowiadujemy się o ich problemach w związku z prowadzeniem pensjonatu w Krynicy Morskiej, czytamy o marzeniach Edyty aby wyjechać do Hiszpanii, poznajemy nowych mężczyzn w życiu obu Pań. W książce nie można narzekać na nudę - wiele się dzieje, dużo wydarzeń, moc emocji, do samego końca autorka trzyma nas w niepewności co do dalszych losów Edyty i Urszuli. Myślę więc że ta historia może znaleźć fanki.

Ja jednak do nich się nie zaliczam. Już na samym początku autorka zrzuciła mi bombę w postaci pogrzebu (pisałam już wcześniej, że za tym nie przepadam, przy okazji recenzji "Zatoki latarni"). A potem było coraz gorzej - kolejny pogrzeb, rezygnacja z marzeń, nieletnia ciąża, wypadki samochodowe - czyli natłok negatywnych wydarzeń mający sprawić że wraz z bohaterkami będziemy roztkliwiać się nad niesprawiedliwością życia.

Bohaterki powieści też nie były dla mnie ujmujące. Edyta momentami zachowywała się jak rozkapryszona smarkula, a wszelkie rady udzielane jej przez bliskich traktowała jak zbrodnię na swojej niezależności. Jedyną postacią, która wywołała u mnie cieplejsze uczucia była Iga - nastolatka w ciąży.

Co mogę napisać dobrego o tej książce, oprócz braku nudy oczywiście? Ciekawym był dla mnie epizod rozgrywający się w Hiszpanii - opisy krajobrazów, fiesty do białego rana i wspaniałej osobowości hiszpańskich mężczyzn. Ale decyzję czy sięgnąć po "Przekonaj mnie, że to ty" zostawiam wam. Do niczego nie namawiam, od niczego nie odstraszam.


poniedziałek, 19 września 2016

"Przypadki pewnej desperatki" Magdalena Wala


Po fenomenalnej "Mariannie" postanowiłam nadrobić swoje braki w twórczości Magdaleny Wali i szybko zabrałam się za jej debiutancką powieść "Przypadki pewnej desperatki". Jak się okazało jest to zupełnie inna książka. Czy gorsza? To wszystko zależeć będzie od oczekiwań czytelnika. Jak dla mnie "Marianny" nie pobiła, ale bawiłam się przy niej przednio.

Książka napisana jest pierwszoosobową narracją z punktu widzenia Julii Mężyk, studentki czwartego roku historii. Oprócz studiowania, zmaga się ona z początkami pracy nauczycielki w gimnazjum, a także ze swoimi nieuporządkowanymi relacjami z chłopakiem, który z całej siły prze w kierunku małżeństwa. Nie nazwałabym jednak Julii desperatką, choć myślę że ona sama mogłaby tak o sobie powiedzieć. Jej punkt widzenia świata jest pełen humoru i bardzo z dystansem, dzięki czemu w książce nie ma ani chwili nudy. 

"Przypadki pewnej desperatki" to zapis perypetii Julii na przestrzeni jednego roku szkolnego. Lecz wątkiem wiodącym jest zgłębianie tajemnicy dziennika znalezionego na strychu zabytkowego dworku. Wątek współczesny przerywany jest fragmentami tego pamiętnika, który w lekki i zbawmy sposób przedstawia życie panny na wydaniu w Polsce, w okresie napoleońskim. Szczerze mówiąc były to moje ulubione fragmenty i wręcz żałuję, że nie było ich więcej. Wraz z Julią czytającą zapiski sprzed lat odkrywamy tajemnicę podejrzanych zgonów wśród ówczesnej szlachty. 

Moje zastrzeżenia odnośnie książki są bardzo subiektywne i tyczą się podejścia Julii do związku. Ja nie potrafiłabym się tak powoli zakochiwać i przekonywać do mężczyzny jak ona. Jestem zwolenniczką miłości od pierwszego wejrzenia, no ewentualnie od pierwszego pocałunku. A bycie w związku i paniczne wzbranianie się od zaangażowania to coś nietypowego, zwłaszcza z perspektywy kobiety. Irytowała mnie też siostra Julii - dziewczyna zasłużyła na niejedno porządne lanie, pomimo tego że już wyrosła z odpowiedniego ku temu wieku.

A tak poza tym, to myślę, że powieść może spodobać się nie jednej czytelniczce. Jest dobra na poprawę humoru, dobra na jesienne wieczory, na przerwę w codziennych obowiązkach, a ponadto zostaje w pamięci, a to już jednoznacznie świadczy o tym, że jest po prostu dobra.

niedziela, 18 września 2016

"Linia serc" Rainbow Rowell


"Linia serc" to jak dla mnie książka numer jeden tego roku. I pomimo tego że dopiero wrzesień trudno będzie jej pobić przez moje przyszłe lektury. 

Georgie pracuje jako ceniona scenarzystka seriali komediowych. Życie całej rodziny obraca się wokół jej kariery. Neal jej mąż podjął się opieki nad dwójką ich córek i prowadzeniem domu. Poznajemy ich tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2013 roku, kiedy to szykują się do wyjazdu do matki Neala. Niestety Georgie zostaje zaproszona na spotkanie w sprawie nowego serialu tuż po świętach i przez najbliższych kila dni, wraz ze swoim przyjacielem Sethem, musi napisać scenariusz kilku pierwszych odcinków. Jest to na prawdę wielka szansa dla kobiety. Szansa której nie może zaprzepaścić. Oznacza to, że nie będzie mogła wyjechać na święta. Neal decyduje się jednak zabrać córki do babci, a Georgie zostaje w Kaliforni sama.

Tak zaczyna się ta historia, która niektórym może wydawać się prozaiczna, a nawet nudna, jednak ma w sobie ogromną dawkę emocji przedstawionych nam na prawdę po mistrzowsku. Nie ma tu przesadnej egzaltacji, nie ma banalnych opisów uczuć. Jest za to doskonała kreacja bohaterów. Rowell jak nikt potrafi tworzyć postaci, które żyją nie tylko na kartkach papieru, ale przedostają się do naszej wyobraźni i świadomości. Są oni rzeczywiści w swoich wadach i zaletach, są wiarygodni w swoich zachowaniach, a ich uczucia stają się nam bliskie.

Odrobina magii w powieści to zawsze jest dla mnie wisienka na torcie dobrej książki. I tutaj też mamy taki drobiazg - jest nim żółty, stary telefon, który w niezwykły sposób łączy Georgię z Nealem z roku 1998, kiedy to po poważnej kłótni wyjechał do rodziców. I choć rozmowy telefoniczne odegrają ważną rolę w opisanej historii nie stanowią one clue opowieści. W "Lini serc" najważniejszy jest sam związek między bohaterami, jego początki, problemy jakie nawarstwiły się przez lata i miłość, która pokonuje wszystkie przeciwności. Bardzo istotną kwestią o której pisze Rowell jest wypracowanie kompromisów pomiędzy dwojgiem bliskich sobie ludzi. Kompromisów, które autorka rozkłada na czynniki pierwsze - pokazuje nam ich konsekwencje i dla strony, która z czegoś rezygnuje, jak i dla osoby, która przyjmuje wyrzeczenia swojej drugiej połówki.

Moje pierwsze spotkanie z Rowell to była "Fangirl" i już wtedy wiedziałam, że autorka jest niezwykle dobra w tym co robi. Ale to po "Lini serc" zaczęłam zaliczać ją do moich ulubionych pisarek. Szczerze polecam twórczość tej pani.

sobota, 10 września 2016

"Zatoka latarni" Kimberley Freeman


Powieść Kimberley Freeman to dwie oddzielne historie rozgrywające się w odległości stu lat od siebie. Libby przyjeżdża do swojego rodzinnego miasteczka w Australii aby odnaleźć się po śmierci swojego wieloletniego kochanka. Swoistego rodzaju katharsis ma być dla niej odkrywanie historii sprzed lat, która wydarzyła się nieopodal,  a ściśle jest związana z rodem jej ukochanego. Izabella wraz z mężem płynie do Australii aby dostarczyć niezwykle cenną buławę - królewski podarek dla nowego rządu. Katastrofa morska udaremnia jednak tą niezwykle ważną misję. Jedyną ocalałą jest właśnie Izabella, której życiowym celem stanie się uratowanie pamiątki po zmarłym przed trzema laty synku.

Początek z książką miałam bardzo ciężki. Nawet musiałam ją przerwać na chwilę po pierwszych kilkunastu stronach. Nie byłam w nastroju, do nastroju panującego na jej początku.

Ale gdy wreszcie przebrnęłam przez opisy rozpaczy, smutku i boleści, które przeżywali dosłownie wszyscy bohaterowie, którzy się pojawiali, historia zaczęła mnie wciągać. Z perspektywy czasu, gdy poznałam już całe opisane losy Izabelli i Libby, muszę przyznać, że ta opowieść jest na prawdę niezwykła. Urzekła mnie zwłaszcza cześć rozgrywająca się w 1901 roku, ale ta współczesna była również całkiem przyjemna i interesująca. Autorka wykazała się dużą innowacyjnością w tworzeniu fabuły i nie posiłkowała się żadnymi utartymi schematami.

Co mi przeszkadzało przy lekturze? Natłok emocji i to z ewidentną przewagą tych negatywnych. Nie to, że nie lubię czytać książek silnie wzruszających, ale nie przepadam za tym, gdy autorka najpierw przez kilkanaście stron opisuje rozpacz, smutek i boleść, a dopiero potem wprowadza nas w wydarzenia, które mają być uzasadnione przez uczucia wcześniej opisane. Ja osobiście wolę na podstawie opisanych wydarzeń domyślić się co bohater mógł w tym czasie czuć. Wtedy jestem w stanie wzbudzić w sobie podobne emocje - identyfikować się z postacią. Gdy najpierw czytam jakie mam czuć emocje, a dopiero potem bliżej poznaję bohaterów, nie potrafię się wykazać się maksymalną w stosunku do nich empatią.

No bo, o ile bardziej pokochała bym Izabellę, gdybym zobaczyła ją ciągnącą tajemniczy kufer dziesiątki kilometrów po plaży i poświęcającą wszystkie swoje siły, aby go uratować. Powoli odkrywając sekrety jej serca i wczuwając się w położenie kobiety.  Niż najpierw czytając o jej nieszczęściu, nie mając do niej żadnego stosunku emocjonalnego. Tak, od pierwszych stron wyrobiłam sobie do niej stosunek podszyty rezerwą i musiało wiele wody upłynąć, żeby bohaterka mnie do siebie przekonała.


Z Libby sprawy mają się podobnie, choć inaczej. Historia z Markiem nastawiła mnie do niej maksymalnie negatywnie (nawiasem mówiąc zaczynanie książki od pogrzebu nie jest moim ulubionym motywem). Za to bardzo zaciekawiła mnie sprawa jej stosunków z siostrą i ten wątek autorka poprowadziła dokładnie tak, jak lubię i gdyby nie ciągle powroty do żałoby po tym nieszczęsnym Marku, zapewne część współczesna podobałaby mi się bardziej.

Podsumowując "Zatoka latarni" podobała mi się. Uważam, że jest to bardzo dobra książka i jak to już zwykle bywa, czym bardziej wartościowa lektura, tym bardziej wymagający staje się czytelnik. Wiele już opisałam tutaj książek, które nawet do pięt nie sięgały powieści Freeman, a nie wypowiedziałam w stosunku do nich nawet połowy tyle obiekcji co w tym przypadku. Więc nie kierujcie się tym moim marudzeniem, tylko sami sprawdźcie czy właśnie ta lektura będzie dla was idealna.

piątek, 9 września 2016

"Dobrana para" Stephanie Laurens


Trzeci tom cyklu "Cynsters następna generacja"

Stephanie Laurens w swojej dobrej formie. W "Dobranej parze" spotkamy wszystko to, co charakterystyczne dla jej twórczości - dbałość o szczegóły, specyficzną atmosferę Szkocji dziewiętnastego wieku i nietuzinkowych bohaterów.

Niniver po tragicznych wydarzenia, o których trochę już mogliśmy się dowiedzieć w "Uwodzicielce" zostaje głową klanu Carricków. Bierze ona sobie mocno do serca, zadanie wyciągnięcia swoich ziem z kłopotów, w które popadły za rządów jej braci. Dlatego też uważa, że jej misja wymaga od niej stu procentowego poświęcenia. Jednym z przejawów tego poświęcenia, jest jej trwanie w stanie panieńskim, gdyż potencjalny małżonek mógłby doprowadzić do rozłamu wśród starszyzny klanu. Jak tu jednak pozostać przy swoim postanowieniu, gdy zalotnicy dobijają się do niej wszystkimi możliwymi sposobami? Zrozpaczona Niniver postanawia poprosić o pomoc w odstraszeniu konkurentów sąsiada - Marcusa Cynstersa.

W związkach międzyludzkich i tym razem będziemy mieli wiele powiedziane na temat przeznaczenia i woli sił wyższych. Miłość jednak w ostateczności odegra bardzo ważną rolę. Wszak małżeństwo bez miłości nie może dojść do skutku. Autorka zaserwuje nam też odrobinę thrillera - wprowadzając bardzo niebezpieczne dla życia bohaterów sceny w finale książki. 

Lecz tym o czym przede wszystkim chciałam napisać, jest bardzo charakterystyczny styl autorki. Buduje ona rozgrywane sytuacje w niezwykle barwny i opisowy sposób - za pomocą subtelnych niuansów, takich jak spojrzenie spod przymkniętych oczu, niewinne muśnięcie dłoni, czuły uśmiech - czujemy się wtedy tak, jakbyśmy czytali jeden z klasycznych romansów w stylu Jane Austen. Jednak w kwestii erotyki znacznie wykracza poza normy etyczne przyjęte w takiej literaturze. Pary oddają się zapamiętale burzliwej miłości, nie zważając na konsekwencje i nie poddając swoich czynów żadnej ocenie moralnej. Jest to bardzo ciekawe podejście do tematu, z którym nie spotkałam się u żadnej innej autorki.

Może choćby dla tego jej niezwykłego stylu, warto jest sięgnąć po którąś z pozycji Stephanie Laurens - aby przekonać się czy jej twórczość to jest to, co nam odpowiada.

wtorek, 23 sierpnia 2016

"Rezerwat miłości" Rebecca Winters


"Rezerwat miłości" to krótki i łatwy harlequin. Jeden z tych, który może się spodobać, ale nie każdemu. 

Autorka opisuje tutaj historię Courtney i Jonasa. Ona jest w połowie rdzenna amerykanką, on zdolnym i niezwykle skutecznym adwokatem. W wyniku biurowych intryg dziewczyna ucieka od Jonasa z przeświadczeniem, że ten wykorzystywał ją jedynie, aby zbliżyć się do Indian z rezerwatu i w ten sposób zyskać nowych klientów. Mężczyzna będzie musiał mocno się nagimnastykować,żeby przekonać nieufną Courtney do siebie i swojej uczciwości. 

Książka momentami lekko irytuje, tak jak większość harlequinów - tworząc problem tam gdzie wcale go nie powinno być, ale ma za to kilka zalet: ciekawe miejsce akcji - rezerwat Indian, gdzie nie dociera cywilizacja; przystojnego, męskiego i charyzmatycznego bohatera; oraz buńczuczną bohaterkę.

Super przerywnik między bardziej ambitnymi lekturami.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

"Marianna" Magdalena Wala


Pisałam ostatnio o książce "W służbie miłości" jako o polskim romansie historycznym. O, jakże się myliłam! Jak bardzo  z braku odpowiednich książek naciągałam to co czytałam do szablonu, którego pragnęłam. Mój błąd uzmysłowiłam sobie, gdy rozpoczęłam lekturę najnowszej powieści Magdaleny Wali.

Marianna, to niepokorna inteligentna, młoda dama, która w chwili próby dla polskiego narodu, postanawia ruszyć do walki w przebraniu mężczyzny. Ale nie o bitwach powstania listopadowego będzie traktować ta historia. Jej burzliwa przeszłość to tylko wstęp do dalszych losów dziewczyny. No bo jaka to przyszłość może czekać dziewczynę o zniszczonej reputacji, którą zaborca, gdy odkryje prawdę ześle na Sybir? Na szczęście w jej rodzinie nie brak zaradnych kobiet. Marianna staje przed wyborem: życie w klasztorze lub intratne małżeństwo z majętnym szlachcicem mieszkającym w zaborze austriackim. Dlaczego tylko, taka wspaniała partia chce pojąć za żonę córkę ubogiego rosyjskiego sprzedawczyka, której wychowanie wiele pozostawia do życzenia. Jak się wkrótce okaże Michał w  sprawie swojego małżeństwa nie będzie miał wiele do powiedzenia, a za wszystkim stać będzie jego genialna matka.

Dlaczego "Marianna" jest warta przeczytania?

Bo jest świetnie napisana - plastycznym, lecz łatwym w odbiorze stylem. Dlatego, że postacie są do pokochania od pierwszego wejrzenia, dlatego że jej humor - subtelny, lecz wyraźnie obecny poprawi nastrój każdemu czytelnikowi. Historia jest bardzo dobrze poprowadzona. Powoli podążamy za akcją dowiadując się wraz z Marianną kolejnych tajemnic z życia Michała. Trzyma nas to w ciągłym zainteresowaniu i nie pozwala odłożyć powieści ani na chwilę.

Czego "Mariannie" brakuje? Chyba tylko trochę namiętności. Autorka, która na co dzień pracuje jako nauczycielka nie może pozwolić sobie na zbyt pikantne opisy szczegółów pożycia małżeńskiego. Trochę żałuję. Zwłaszcza, że Michał, gdy dał się bliżej poznać, stał się idealnym kandydatem do moich westchnień i czułam niedosyt scen z jego udziałem. W ogóle scen ze wspólnego życia młodej pary mogło być znacznie więcej. Ich powolne przekonywanie się do siebie, rodzące się uczucia - wszystko zostało opisane, ale gdyby więcej tego było książka na pewno niczego by nie straciła.

Wątek poza romansowy okazał się bardzo ciekawy i szczerze mówiąc długo nie potrafiłam rozgryźć o co chodzi z tym duchem. Miałam podobne podejrzenia jak Marianna i tylko o kilka stron wcześniej zorientowałam się, kto straszy młodą mężatkę.

Wspomnę jeszcze o cudownie przedstawionej atmosferze dziewiętnastego wieku. I jeszcze o dbałości o szczegóły, i o braku jakichkolwiek potworków, które często spotykam w romansach historycznych, i o cichych planach napisania kolejnej części....no chyba nie muszę pisać więcej. Ja w tej książce jestem zakochana.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...