środa, 28 sierpnia 2019

"Połączyły ich gwiazdy" Minnie Darke

Znacie film "To właśnie miłość"? Jest to jedna z moich ulubionych komedii romantycznych. Opisująca kilka z pozoru ze sobą nie związanych wątków, które jednak przeplatają się pomiędzy sobą tworząc pewną całość. Książka Minnie Darke w takiej właśnie konwencji została napisana i właśnie tym mnie zachwyciła.

Justine i Nick poznali się jako dzieci, lecz ich drogi się rozeszły. Ponowne spotkanie po latach to jak znak prosto z nieba. Ale Nick chyba nie do końca właściwie odczytuje sygnały. Dlatego też Justine postanawia pomóc mu w wykonaniu pierwszego kroku i ingeruje w horoskop publikowany w gazecie, w której pracuje. Zmiany dokonane przez dziewczynę mają skłonić Nicka do podjęcia właściwych decyzji. Niestety nie wszystko idzie zgodnie z planem.

Książka "Połączyły ich gwiazdy" to nie tylko historia głównych bohaterów. To również kilkanaście wspaniałych epizodów, które opisują jak wymyślone przez Justine horoskopy wpłynęły na życie innych ludzi. Autorka fantastycznie powiązała ze sobą kolejne historie, pokazując, że na nasz los rzutują nie tylko nasze własne wybory, ale także decyzje innych osób, czasem nawet tych którzy są z nami zupełnie niezwiązani.

Spotkałam się z opiniami, że książce tej czegoś brakuje. Ale jak dla mnie jest ona idealna. Nie ma w niej nadmiernej erotyki, nie ma wzruszeń wyciskających łez, nie ma tragicznych wydarzeń mrożących krew w żyłach. Pokazuje ona niby całkiem normalne życie przeciętnych ludzi. Jednak tak wiele w niej ciepła, dużo humoru, odrobina bezpretensjonalności, wspaniałe kreacje bohaterów, niepowtarzalna atmosfera. Do tego miejscem akcji jest Australia, a ja uwielbiam książki, które dzieją się w odległych krajach.

Cóż więcej potrzeba? Dla mnie już nic. Gorąco polecam. 

środa, 17 lipca 2019

"Nowa Ewa. Początek" Giovanna i Tom Fletcher


Wyobraźcie sobie świat, w którym kobieta jest wymierającym gatunkiem. Jak zachowywać będzie się cywilizacja, która nieuchronnie zmierza ku swojemu upadkowi?  Czy jedna osoba może być nadzieją na ratunek dla całego świata?

Pewnego dnia na świat przestały przychodzić dziewczynki. Przez lata, czym więcej rodziło się chłopców, tym podejmowano coraz bardziej rozpaczliwe próby poczęcia żeńskiego potomka. Po pięćdziesięciu latach takiej sytuacji, na świat przychodzi Ewa. Szybko staje się ona symbolem, nadzieją dla całej ludzkości. Otoczona opieką i ochroną przez Organizację Zwalczania Zagłady, żyje ona w wieży, w świecie sztucznie wykreowanym przez jej opiekunów, nie mając pojęcia o realiach panujących na Ziemi. A jakie są te realia? Autorzy, których targetem czytelniczym jest młodzież dość delikatnie opisali świat tej dystopii. Ja osobiście dużo bardziej drastycznie wyobrażam sobie życie w świecie, który w zasadzie nie ma przyszłości. Ale rozumiem zabieg nie wdawania się w niektóre szczegóły.

Ewa ma jedną przyjaciółkę. Jest nią jej rówieśnica Holly. Skąd się ona wzięła? Holly to cud nauki. To coś jakby hologram. Do jej istnienia jednak potrzebny jest pilot, który kieruje gestami, słowami i zachowaniem wirtualnej dziewczyny. Jednym z takich pilotów jest Bram. Spotkanie Ewy i Brama w świecie rzeczywistym, które wynikło z dramatycznych wydarzeń rozgrywających się w wieży doprowadzi do początku zmian jakie zajdą w życiu dziewczyny.

Książkę czytało mi się bardzo szybko i miło, ale miała swoje wady. Wiem, że przeznaczona jest ona dla trochę młodszego czytelnika niż ja. Ale nie oszukujmy się, młodzi ludzie wcale nie są tak naiwni, jak nam oldboyom się wydaje. Oni też zauważą jak wiele uproszczeń przemycili autorzy w fabułę swojej powieści. Jak bardzo zbagatelizowali problem, który tak na prawdę jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Jak bardzo pogubili się w niuansach, które sami stworzyli.

Na temat drobiazgów, które mi się w tej książce nie podobały mogłabym pisać wiele. Ale nie będę, gdyż ogólne jej wrażenie nie było wcale aż tak złe. Ta historia po prostu mnie zaciekawiła i na pewno przeczytam o dalszych losach Ewy i Brama. Po prostu chcę wiedzieć co dalej się wydarzy. Pomimo tego, że spodziewam się więcej takich niedorzeczności jakie były w tomie pierwszym.

środa, 3 lipca 2019

"Wymarzony mężczyzna" Kristen Ashley


Czwarta cześć cyklu "Dream men"(książki można czytać osobno).


Gdy już zapoznaliśmy się bliżej z komandosem, tajniakiem i policjantem nadeszła pora na szefa gangu motocyklowego. Tuck  towarzyszy nam już od pierwszej części cyklu. W najbardziej kryzysowych sytuacjach zjawia się na swoim motorze niczym superbohater i ratuje kobiety z opresji. Czy uda mu się wreszcie znaleźć swoją heroinę?

Oczywiście że uda, tylko że heroina wcale nie okaże się taka łatwa we współżyciu. Z Tyrą poznają się zwyczajnie, na imprezie. Spędzają ze sobą upojną noc, ale Tuck tuż po łóżkowych igraszkach wyrzuca dziewczynę ze swojego pokoju nie pozostawiając jej złudzeń na "żyli długo i szczęśliwie". Niby nic niezwykłego. Przygoda na jedną noc. Tylko że Tyra dwa dni później rozpoczyna pracę w warsztacie Tucka. I wcale nie zamierza rezygnować z posady, pomimo tego, że czuje się bardzo dotknięta jego postępowaniem. 

Czym bardziej buńczucznie się zachowuje, tym jednak bardziej zwraca na siebie uwagę Tucka. I wkrótce okaże się, że ten motocyklista już nie wypuści jej ze swojej jaskini.

Od samego początku miałam problem z tą książką. Niby wszystko było tak jak u Ashley - lekka lektura, trochę humoru, rozmowy naszpikowane ciętymi ripostami, no i przede wszystkim ani chwili nudy. Jednak to jak Tuck odnosił się do Tyry, jak ostro wypowiadał się o swojej żonie, ilość przekleństw wyrzucanych z siebie nie tylko przez motocyklistów, ale również przez nastoletnie dzieci- to wszystko było mocno nie halo. Czułam się rozdarta wewnetrznie, bo przecież nie podobają mi się relacje międzyludzkie opisane w książce, jednak połykam ją strona po stronie, nie mogąc się od niej oderwać. 

Autorka jednak stanęła na wysokości zadania i w drugiej połowie książki zaczęła dopasowywać do siebie wszystkie elementy układanki. Tuck okazał się być bohaterem, któremu jestem w stanie wszystko wybaczyć. Tyra od początku wzbudzała we mnie sympatię i tak pozostało. A dużo poważnych rozmów przyćmiło prymitywne odzywki, którymi naszpikowana jest książka. 

Zdaję sobie sprawę, że nie każdy będzie w stanie przymknąć oko na to wszystko o czym pisałam wcześniej, ale ja po przeczytaniu całej książki daje się prowadzić na ślepo. 

wtorek, 11 czerwca 2019

"Wynajmij sobie chłopaka"Steve Bloom


Współczesna młodzieżówka napisana przez mężczyznę? Czegoś takiego nigdy wcześniej nie czytałam. Teraz panowie autorzy skupiają się na fantastyce, na mrożących krew w żyłach thrillera, na powieściach filozoficznych. A młodzież zostawiają pod opieką kobiet. Książek z gatunku Young Adult na rynku jest bez liku, jednak wszystkie mniej lub bardziej prezentują dziewczęcy punkt widzenia. "Wynajmij sobie chłopaka" wyróżnia się więc na tle podobnych publikacji. Opowiedziana jest ona słowami już prawie dorosłego chłopaka.

Brooks marzy o dostaniu się na prestiżowe studia na Columbii. Jednak na drodze stoi mu wiele przeszkód. Po pierwsze musi poprawić wyniki testu, po drugie nie ma znajomości na uczelni, które pomogłyby mu wyróżnić się spośród setek kandydatów, po trzecie nie ma funduszy wystarczających na studiowanie. Nie poddaje się jednak łatwo i za wszelką cenę dąży do obranego celu.

Jako sposób na zarobienie potrzebnych pieniędzy znajduje dość kontrowersyjne zajęcie. Świadczy usługi tak zwanego "zastępstwa". Zostaje osobą towarzyszącą na balach absolwentów i innych tego typu uroczystościach. Wynajmowany jest nie przez same dziewczyny, lecz przez ich zatroskanych i zamożnych rodziców.

Ta historia mogłaby okazać się katastrofą gdyby została źle napisana, ale autor zdecydowanie stanął na wysokości zadania. Stworzył postać Brooksa, którego po prostu nie da się nie lubić. Jest on bardzo autentycznym bohaterem, w żaden sposób nie wydaje się być wyidealizowany, jednak na każdym kroku udowadnia, że w gruncie rzeczy jest bardzo wartościowym chłopakiem. Pomimo tego, że podejmuje złe wybory, że zdarzają mu się żenujące wpadki, że czasem przeklnie, czasem się napije, jego wytrwałość, dobre maniery, dyskrecja i rzetelność rekompensują złe wrażenie.

Bardzo dobrze bawiłam się przy tej książce. Uważam, że jest ona doskonałą przeciwwagą dla książek dla starszej młodzieży przepełnionych erotyką, które zalewają ostatnio rynek wydawniczy. Wątek romantyczny w książce jest jak najbardziej obecny. Ale rozwija się tak, jak powinny rozwijać się związki w prawdziwym życiu. 

Teraz tylko zostało mi nadrobić serial. Ale coś czuję że będzie ciężko dorównać mu książce.

piątek, 24 maja 2019

"Więcej niż pocałunek" Helen Hoang


Już w kwietniu miałam przyjemność zapoznać się z zapowiedzią tej książki, w postaci jej trzech pierwszych rozdziałów. Byłam wtedy zachwycona i jednocześnie rozczarowana, że tak szybko ten udostępniony mi fragment się skończył. 

Całość książki dostałam do recenzji już dobrych kilka dni temu. Przeczytałam ją jednym tchem, a z recenzją zwlekałam jedynie dlatego, że nieuleczalny brak czasu dopadł mnie ze wzmożoną siłą.
Ale już jestem na posterunku i speszę donieść, że była to całkiem przyjemna książka.

Może nie aż tak wyśmienita, jak miałam nadzieję, po tych trzech rozdziałach, niemniej jednak pełna emocji, dobrze napisana, i całkiem ciekawa.

Bohaterowie, choć ich pierwsze spotkanie odbyło się w konkretnym celu, nie rzucają się na siebie w szale namiętności. Książka ta, to nie są tylko sceny łóżkowe przeplatane nic nieznaczącymi wydarzeniami. Wręcz przeciwnie. Dość dobrze poznajemy osobowości bohaterów, przedstawiona zostaje nam cała rodzina Michaela, dajemy się wciągnąć w niecodzienny świat umysłu Stelli. 

Co więc mi nie zagrało? Chyba tępo powieści. Od samego początku widać będzie, że będzie ono raczej powolne, ale w rzeczywistości okazał się być trochę nierówne. Nie jest to slow burn, który napięcie między bohaterami przeciąga do granic wytrzymałości, opisując wybuch namiętności na ostatnich stronach książki. Nie jest też to erotyk, w którym nieznajomi wskakują razem do łóżka, zaraz po przedstawieniu się sobie. W tej historii mamy tak na prawdę dwie relacje między Stellą i Michaelem: erotyczna oraz emocjonalną. I tempa tych relacji nie są ze sobą spójne. Czasem zwalnia jedna, a nienaturalnie przyśpiesza druga, czasem znów na odwrót. 

Kurcze, czytając to co piszę, dochodzę do wniosku, że czepiam się i wymyślam jakieś nieistniejące teorie. Może to wina tego, że miałam zbyt wielkie oczekiwania i pomimo tego, że książka mi się podobała oczekiwałam większego WOW. A teraz swoje niczym nieuzasadnione rozczarowanie próbuje poprzeć jakimś inteligentnym wywodem.

Nie czytajcie mnie już więcej. Przeczytajcie "Więcej niż pocałunek". Sami sprawdzicie. Dajcie potem znać co myślicie.

czwartek, 2 maja 2019

"Szalona noc" Christina Lauren

Z każdą kolejną książką autorek Christina Lauren wydaje mi się, że radzą one sobie coraz lepiej. To już piąta moja powieść ich autorstwa i jak do tej pory najlepsza.

"Szalona noc" to trzecia cześć cyklu Wild Seasons. Opowiada historię Loli i Oliviera. To oni jako jedyni z szóstki przyjaciół, nie skonsumowali swojego spontanicznego małżeństwa. Szaloną noc spędzili spacerując, rozmawiając i poznając się lepiej. Teraz krążą wokół siebie, przyciągając się, jednocześnie za wszelką cenę trzymając dystans. 

Ta para to osoby w zasadzie bardzo skryte. Żyjące w swoim świecie, według swoich zasad. Olivier to miłośnik komiksów, Lola komiksy tworzy. Gdy przyjaźń stała się jedną z najważniejszych rzeczy w ich życiu, boją się, że przez nierozważny krok mogą doprowadzić do utraty tego, co już wypracowali w relacjach między sobą.

Zanim ich opowieść się zakończy będą musieli wiele przemyśleć, poukładać sobie kilka spraw, a potem też poważnie porozmawiać. Więc ta książka to nie tylko dziki seks, który dominował w pierwszych publikacjach autorek.

Nie oczekujmy jednak ugrzecznionej powieści. "Szalona noc" to romans erotyczny. Sceny łóżkowe są pełne pasji i obrazowe. Język powieści jest jednoznaczny. Autorki nie bawią się w zawoalowane opisy. Nazywają sprawy po imieniu. Ja osobiście wole takie ujęcie sprawy, niż nieraz wręcz niesmaczne porównania i metafory.

Książkę przeczytałam a dużą przyjemnością. Była ona dla mnie oderwaniem od problemów dnia codziennego. Lekka, choć nie do końca banalna. Przyjemna lektura na chwilę relaksu.

niedziela, 14 kwietnia 2019

"Gwiazdy nadziei" I.M. Darkss


To druga w ostatnim czasie książka polskich autorek, ukrywających się pod pseudonimem nie zdradzającym nam ich narodowości, która trafia w moje ręce. Po katastrofie "Prostego układu", którego jeszcze ciągle nie udało mi się przeczytać, nie sięgnęłabym po książkę I.M. Darkss, gdyby nie to że nie zorientowałam się początkowo, że mam do czynienia z Polką. Tak bardzo książka K.A. Figaro zniechęciła mnie do rodzimej literatury kobiecej.

Lekko się przestraszyłam, gdy otworzyłam mój egzemplarz recenzencki "Gwiazd nadziei" i z jednego ze skrzydełek spojrzała na mnie uśmiechnięta twarz dziewczyny z Warmii. Okazało się jednak, że wcale nie było się czego bać. Nie spotkałam tutaj obcesowego zachowania, niewytłumaczalnych przekleństw, głupich bohaterów, ani niesmacznych scen erotycznych. Wręcz przeciwnie. Bohaterowie byli całkiem sympatyczni, erotyka pozbawiona opisów anatomicznych, a przekleństwa, choć obecne, całkiem zrozumiałe.

Amara wraca do domu po ukończeniu szkoły i staje przed wyborem dalszej drogi swojego życia. Może posłuchać rodziców i rozpocząć studia na prestiżowej uczelni, lub rozwijać swoją pasję do rysunku. Lecz nie to jest jej największym zmartwieniem. Jej myśli krążą przede wszystkim wokół Jaksa, właściciela salonu tatuażu, w którym pracuje jej brat. Jaks natomiast zachowuje się trochę jak pies ogrodnika, sam odsuwa od siebie Amarę, jednocześnie krzywo patrząc na każdego mężczyznę który się do niej zbliży.

Trudno mi jednoznacznie określić czy ta książka mi się podobała. Tak na prawdę była dla mnie czasami zbyt przesłodzona, czasem znów zbyt egzaltowana, a w obszernych fragmentach nasycona dramatyzmem. Bohaterka swoje emocje przeżywała zbyt mocno, opisując je czytelnikowi przy użyciu zbyt wielu epitetów. Zakończenie książki dało się łatwo przewidzieć już po pierwszym tropie jaki zostawiła nam autorka. A niektóre zachowania bohaterów lekko irytowały.

Pomimo tego wszystkiego książkę, która ma ponad 460 stron przeczytałam w niespełna dwa dni i to bez skracania sobie opisów, bez rzucania nią w irytacji, oraz bez zbytniego wywracania oczami. 

I.M. Darkss pisze w sposób, który nie do końca mi leży, ale i tak książkę czytałam raczej z przyjemnością. Myślę że spokojnie mogę ją polecić czytelniczkom, które lubią przezywać emocje aż do bólu. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...